Categories: General
      Date: 06/10/2010
     Title: Złota Księga Sandecji już do nabycia!
Ile w Małopolsce klubów może poszczycić się, że ma za sobą wiek działalności? Ile na swoje stulecie zdobyło się na TAKĄ publikację?! Odpowiedź na pierwsze pytanie – niewiele, na drugie – jeszcze mniej! W „Złotej księdze Sandecji 1910-2010” – encyklopedii, czy jak chce Daniel Weimer - leksykonie (rozmowę z nim zamieszczamy w dalszej części), na ponad 560 stronach – od A – Z – przybliża postaci sportowców, działaczy i sympatyków, którzy w minione dziesięć dekad związani byli z sądeckim klubem...

 

Redaktor Daniel Weimer należy do opowiedzianych i zagorzałych fanów sądeckich „pasów”. Opowieści, anegdoty o Sandecji, zawodnikach i działaczach, ich losach i karierach ma „w małym palcu”. Podobnie – wyniki meczów, strzelców bramek. Na kartkach „Złotej księgi…” legendy sądeckiego sportu sąsiadują z zawodnikami grającymi dziś w pierwszoligowej drużynie piłkarskiej, działacze z dawnych pionierskich lat z dzisiejszymi menedżerami, siatkarki z lekkoatletami i narciarzami, amatorzy z profesjonalistami.

Dopełnieniem leksykonu są materiały dziennikarskie z piłkarzami i działaczami szanownego stulatka, które autor wydawnictwo publikował na łamach „Dziennika Polskiego”, którego jest długoletnim pracownikiem.

„Złota księga…” złotymi zgłoskami wpisuje się na listę sandecjanów. Co ważne, powinna ona się znaleźć nie tylko w zbiorach sympatyków spotu i wiekowego klubu, ale również miłośników miasta i regionu, bowiem opowiada o jego wczoraj – bliższym i dalszym, i dzisiaj.

Sandecja – moja miłość

Rozmowa „Miasta” z Danielem Weimerem

- Encyklopedia na stulecie klubu?

- Nie, wydawnictwo nie wyczerpuje do końca znamion encyklopedii. Nie zawsze udało się mi dotrzeć do wszystkich podstawowych informacji o prezentowanych postaciach. Moim zamiarem było przygotowanie publikacji bliższej leksykonowi. Uprzedzam kolejne pytanie: nie, nie jestem do końca zadowolony z wydawnictwa. Brakło mi czasu. Naciskała mnie drukarnia i pierwszy termin głównych uroczystości. Okazało się w końcu, że pośpiech nie był potrzebny, ale wtedy książka była już na maszynach drukarskich. Monografia klubu? Byłaby bez serca, bez ducha, a ja starałem się, by hasła nie były suchym przekłam faktów, dat i liczb, ale by przybliżyć tych ludzi czytelnikowi, pokazać ich z uczuciem, pełnokrwistymi, takimi jakimi byli.

- Ile pracowałeś na tym wydawnictwem?

- 1,5 roku i… niemal całe życie. Mój pierwszy kontakt z Sandecją zawdzięczam tacie, który pewnej niedzieli, w 64 roku, gdy miałem 6 lat, wziął mnie za rękę i zaprowadził na „starą” Sandecję, jak dzisiaj mówimy, czyli na stadion przy Alejach. Atmosfera tego meczu urzekła mnie do tego stopnia, że później nawet kłamałem rodzicom i skracałem coniedzielne wycieczki rodzinne, by zdążyć na mecz… Mówiłem, że idę na zbiórkę harcerską, a przekradałem się na stadion. Materiały pod to wydawnictwo zacząłem zbierać, gdy wiedziałem, że będę je robił. Chciałem zgromadzić jak najwięcej informacji od osób, które pamiętały możliwie najodleglejsze czasy Sandecji, a których dni – może to trochę brutalne, ale z racji wieku były policzone. Udało mi się jeszcze porozmawiać z Tadeuszem Koniecznym, Wieśkiem Stawiarzem. Dziś już ich nie ma wśród nas.

- Sandecja - moja miłość…

- Nie da się ukryć…

- Twoi idole Sandecji…

- Od dzieciństwa, od pierwszego spotkania z drużyną i klubem – Zygmunt Żabecki. Spotkanie, rozmowa z nim, były dla mnie wydarzeniem, które się przeżywało, rozpamiętywało. Na „starej” Sandecji, po każdym meczu remontowano dachy na domach, bo rozwalał je strzałami do „stodoły”. Do swoich idoli wpisuję też działacza - Zygmunta Różyckiego. Mam zaszczyt być z nim być po imieniu. Jestem jego młodszym kolegą.

W tym gronie jest również Jerzego Zawiślaka. Zmarł w Toronto w 2005 r. To jeden z najwybitniejszych piłkarzy Sandecji. Zrobiłby karierę, gdyby nie kontuzja. Interesował się nim Kazimierz Górski i zapewne pojechałby z jego drużyną w 74 roku na Olimpiadę. Później wyjechał do Stanów, gdzie grał w jednej drużynie ze sławnym Eusebio. Korespondowaliśmy ze sobą, mailowaliśmy… Zmarł przy komputerze… Jest bardzo możliwe, że pisał do mnie maila… Planował przyjazd do Nowego Sącza. Chciał się spotkać z kolegami z boiska. Cenię sobie przyjaźń z nim…

- „Złota księga Sandecji 1910-2010” jest w księgarniach? Czy pracujesz nad kolejną publikacją?

- Nie, teraz chcę odpocząć, bardziej mentalnie niż fizycznie… Chociaż ostatnie dni przed oddaniem książki do druku pracowałem całe noce…A w przyszłości marzy mi się alfabet sądeczan, niekoniecznie i nie zawsze tych ze świecznika, tych których znałem osobiście, a o których mam wiele opowieści i anegdot. Ale to jeszcze dość mgliste plan, bardziej marzenie…

Zainteresownych nabyciem egzemplarza prosimy o kontakt.